prasa o edycji

Agnieszka Koecher-Hensel z redakcji „Pamiętnika Teatralnego”

Do polemiki wokół lubelskich Konfrontacji Teatralnych moje „trzy grosze”

Z zainteresowaniem przeczytałam polemikę prasową wokół lubelskich Konfrontacji Teatralnych wywołaną napastliwym artykułem Grzegorza Józefczuka pt. Na Konfrontacjach Teatralnych wieje prowincją. Nie dziwię się, że Janusz Opryński zdenerwował się i napisał list do Redakcji, bowiem tekst był nie tylko obraźliwym atakiem personalnym, ale przede wszystkim ferował oceny na podstawie fałszywych twierdzeń, którym przeczą fakty. Zgadzam się w pełni z polemicznym artykułem Łukasza Drewniaka, jego oceną festiwalu, ale jeszcze dorzucić pragnę parę istotnych argumentów i zaprotestować przeciw publikowaniu w „Gazecie” informacji niezgodnych z prawdą, uzupełniając też list Janusza Opryńskiego.
Po pierwsze, w ostatnim pięcioleciu – od 2004 roku bywałam regularnie na lubelskich Konfrontacjach - „sale nie świecą pustkami”. Wręcz przeciwnie, przed każdym prawie spektaklem czeka grupa oczekujących na wolne miejsca. I w tym roku o publiczność nie trzeba było „walczyć”. Z zadowoleniem, wraz z Anną Garlicką – dyrektorem „konkurencyjnego”, szczecińskiego Festiwalu Kontrapunkt, skonstatowałyśmy w trzecim dniu Festiwalu, że mimo długich i trudnych nieraz przedstawień, w obcym języku - młodzież na ogół nie zna rosyjskiego – studenci dzielnie oglądają je. Świadczy to dobrze zarówno o młodzieży jak programie festiwalu. I cieszyło nas to, że lubelska publiczność, podobnie jak szczecińska, ciekawa jest sąsiadów, chce poznać i zrozumieć ich kulturę. Na fascynującym wykładzie prof. Cezarego Wodzińskiego o filozoficzno-religijnych źródłach wielkiej rosyjskiej literatury, który dawał istotny klucz do interpretacji pokazywanych wcześniej spektakli i filmów, brakowało wolnych miejsc. Kilkadziesiąt osób – w tym pisząca te słowa – słuchała na stojąco ponad godzinnego wykładu i dyskusji. To była znakomita puenta poważnego dialogu o kulturze i naturze człowieka, dialogu poprzez sztukę teatru, toczonego od wielu lat przez Janusza Opryńskiego, jego Teatr i Festiwal.
Po drugie, nieprawdą jest jakoby ten Festiwal „niczego nie generował”. Wręcz przeciwnie! Generuje premiery, które zawsze są nie tylko tematycznie związane z ideą kolejnych edycji Festiwalu, ale są też przeważnie na najwyższym, profesjonalnym poziomie. Są później zapraszane na prestiżowe światowe festiwale, przynosząc chwałę Konfrontacjom Teatralnym jako współproducentowi, animatorowi przedsięwzięcia i Lublinowi, w którym te premiery się odbyły. Dla przykładu: Ślub Gombrowicza Teatru im. Horzycy w reż. Estończyka - Elmo Nüganena, z udziałem wybitnego litewskiego - aktora Vladasa Bagdonasa i Teatru Slovensko Mladinsko (Lublana) dały początek próbom interpretacji polskich arcydzieł i problemów poprzez doświadczenia artystów ukształtowanych przez inną, nie polską kulturę. Oba przedstawienia promowały później polską literaturę za granicą. Toruński Ślub miałam okazję po raz drugi oglądać w Pilznie.
Dwa lata temu na lubelskich Konfrontacjach odbyła się premiera petersburskiego Teatru Satyry na Wasiljewskiej Rosyjskich konfitur, a w ubiegłym roku Daniela Steina – tłumacza rosyjskiej autorki światowej sławy, Ludmiły Ulickiej, w reżyserii polskiego artysty wykształconego w Rosji, Andrzeja Bubienia. Oba przedstawienia wybitne, co potwierdzają oceny krytyków zagranicznych i rosyjskiego środowiska teatralnego, nominacje do moskiewskiej „Złotej Maski”, liczne zaproszenia na festiwale i występy gościnne; od Wilna i Tallina począwszy, przez Lizbonę, Niceę, Mediolan, Paryż, na Seulu kończąc. Za te spektakle Andrzej Bubień w ubiegłym roku otrzymał prestiżową nagrodę „Załatoj safiet” („Złota rampa”) przyznawaną dorocznie przez krytyków petersburskich dla najlepszego reżysera roku. Te fakty, jak wiele innych, nie świadczą o prowincjonalności lubelskich Konfrontacji. Potwierdzają zaś wysokie kwalifikacje Janusza Opryńskiego jako dyrektora artystycznego Festiwalu, jego profesjonalizm, odpowiedzialność, konsekwentne myślenie.
Łukasz Drewniak, jak sam wyznał, przez ostatnie dwa lata nie był na lubelskich Konfrontacjach, a w tym roku zachęcił go do przyjazdu interesujący program. Nie zawiódł się. A mnie zwabił ten program zwłaszcza dlatego, że widziałam w nim rozwijanie wcześniej nawiązanego ze mną dialogu, możliwość pogłębiania refleksji, coraz szerszej i głębszej penetracji kultury naszych wschodnich sąsiadów. I też się nie zawiodłam.
Jeśli Lublin zostanie Europejską Stolicą Kultury, to z pewnością - między innymi - dzięki takiemu konsekwentnemu myśleniu i działaniu artystów, którzy mądrze promują kulturę i nie walczą o widza schlebiając mu i oferując spektakularne atrakcje.
A artykuł Grzegorza Józefczuka przynosi kulturze lubelskiej i „Gazecie” wstyd .

 

 

Józefczuk odpowiada DrewniakowiJózefczuk odpowiada Drewniakowi


Nad Konfrontacjami Teatralnymi i sztuką w Lublinie - wynika z tekstu Drewniaka - unosi się jakaś atmosfera grozy i zagrożenia, jakieś siły, gdzieś, coś i może tu. Ale kto, co i przez kogo? - tego nie wiadomo. Tymczasem nad Konfrontacjami żadna tego typu gilotyna nie wisi, a pierwsza od lat dyskusja nad ich formułą wcale im nie zaszkodzi. Na to, że dyrektor festiwalu Janusz Opryński, którego dokonania i osiągnięcia świetnie znam, obecnie zachowuje się jak święta krowa, boi się poważnej dyskusji, i na to, że jego odpowiedzią na krytykę jest obrzucanie błotem, nic poradzić nie mogę. - Grzegorz Józefczuk polemizuje z Łukaszem Drewniakiem na temat tegorocznej edycji lubelskiego festiwalu.

«"Utrwala niekorzystne zawodowe stereotypy, wedle których my krytycy jesteśmy tylko popsujzabawami wrednymi przeszkadzaczami i lansiarzami kolegów. (...) A może próbuje rozdawać karty w lokalnej walce o profity, stanowiska i wpływy. Straszne podejrzenie, ale muszę je powiedzieć głośno" - ten fragment tekstu Łukasza Drewniaka sprawia, że tak po prawdzie nie powinno się z nim dyskutować. Są to niedopuszczalne sugestie, klasyczna metoda podważania wiarygodności bez podania jakichkolwiek konkretów - i jest mi przykro, że znany krytyk posługuje się taką metodą polemiki. Gdzie jest konkret, drogi Panie, gdzie ci kolesie i gdzie karty? "Donoszenie urzędnikom" - co to za argument? Jeżeli Drewniak uważa, że krytyka jest donoszeniem, to mu współczuję, że jest krytykiem. Ta fraza o "donoszeniu urzędnikom" zaskakuje, bo zdaje się pochodzić z czasów PRL-u. W ogóle, nad Konfrontacjami Teatralnymi i sztuką w Lublinie - wynika z tego tekstu - unosi się jakaś atmosfera grozy i zagrożenia, jakieś siły, gdzieś, coś i może tu. Ale kto, co i przez kogo? - tego nie wiadomo. Tymczasem nad Konfrontacjami żadna tego typu gilotyna nie wisi, a pierwsza od lat dyskusja nad ich formułą wcale im nie zaszkodzi. Na to, że dyrektor festiwalu Janusz Opryński, którego dokonania i osiągnięcia świetnie znam, obecnie zachowuje się jak święta krowa, boi się poważnej dyskusji, i na to, że jego odpowiedzią na krytykę jest obrzucanie błotem, nic poradzić nie mogę.

Daruję sobie analizę zdanie po zdaniu tych perswazyjno-ironicznych połajanek krakowskiego recenzenta wygłaszanych pod moim adresem. Zwrócę tylko uwagę na dwie kwestie. Otóż niżej podpisany nie zwalcza festiwalu Konfrontacje Teatralne, a przeciwnie - wspiera go bardzo, pisząc w sposób, jak uważam, rzetelny, odróżniając przy tym krytykę od popularyzacji. Co więcej, ma pewne znaczne zasługi (lepiej: współ-zasługi), bo w pewnych ciężkich czasach przyczynił się do tego, że ludzie kochający teatr i sztukę uratowali jedną z edycji festiwalu. O czym dyrektor Opryński woli skrupulatnie nie pamiętać.

Druga kwestia: niżej podpisany ogląda rocznie sporo więcej niż 30 spektakli. Zastanawiając się nad kompetencjami recenzenta, bardziej niż ilościowych szukałem wskaźników jakościowych, jednak nie separując ich. Bardziej myślałem o wadze tego. co nazywamy, mówiąc najprościej, rozumieniem, interpretacją i komunikacją. Tymczasem Łukasz Drewniak ustalił radykalnie inny podział - na krytyków stacjonarnych i mobilnych; lecz skoro tym pierwszym odmówił prawa do krytyki ex definitione, to znaczy, że "prawdziwi" są tylko ci drudzy. Innymi słowy: on ma prawo oceniać, a ja nie. Nie będę się tu wymądrzał na temat teorii i praktyki kultury, ale ten styl myślenia prowadzi w ślepy zaułek i jest formą megalomanii. Nie kwestionuję bynajmniej tego, że tenże "mobilny" ma podstawy do o wiele szerszego oglądu teatru, ale z tego wcale nie wynika, że automatycznie potrafi go radykalnie lepiej zrozumieć i ocenić. Bronię prawa tych, którzy mieszkają w Lublinie, Rzeszowie czy Białymstoku, a nie w Warszawie i Krakowie, do własnego zdania bez konieczności legitymizowania się statystykami. Przypomnę banał, że to, co dzieje ' się w tak zwanym centrum, nie stanowi żadnego stałego punktu odniesienia, a to z powodu złożonego, kulturowego i historycznego uwikłania ocen. Łukasz Drewniak stawia mi, a w konsekwencji i innym "stacjonarnym", ukryty zarzut prowincjonalizmu. Wtedy jak za brzytwę chwytam się znanej powszechnie myśli, że istnieją prowincje geograficzne i mentalne i te drugie mogą być w bardzo wielkich miastach.

Uważam, że postawiłem Konfrontacjom pewne pytania, na przykład: dlaczego znika publiczność, dlaczego tak mało tego kontekstu wokół spektakli, o jakim pisze krakowski recenzent "Przekroju" i "Dziennika", w końcu - dlaczego to dzieje się w Lublinie, a jakby nie w Lublinie.»

Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza - Lublin nr 238, 12-10-2009

 


Łukasz Drewniak o Festiwalu - polemika z tekstem Grzegorza Józefczuka

Nie było mnie jako krytyka teatralnego na lubelskich Konfrontacjach Teatralnych dwa lata. Wróciłem z prawdziwą przyjemnością i nie tylko w powodów sentymentalnych. Wróciłem, bo zaproponowany przez organizatorów program był frapującą propozycją rozmowy o rosyjskim teatrze i kulturze. Chciałem zobaczyć nowy spektakl Władimira Pankowa, poznać wreszcie moskiewski Teatr Praktika, zobaczyć, jak brzmi nowa grupa Siergieja Sznurowa. Krytyków wabi się na festiwale właśnie tak – nieoczekiwaną kompozycją wyjściowych elementów, ciekawie postawionym naczelnym pytaniem, monograficznym ujęciem przeglądu. Jest tak, że mamy w Polsce bardzo dużo festiwali. W tym samym terminie z Konfrontacjami rywalizują bydgoskie Prapremiery, nowo powołane warszawskie Spotkania Teatrów Narodowych. Za chwilę zaczyna się wrocławski Dialog, za granicą kusi litewski festiwal Sirenos albo nakładający się na markowy Bałtiskij Dom w Petersburgu. Jedyną szansa dla festiwalu walaczącego o ponadlokalnego widza jest skuszenie go ofertą programową. I takie skuszenie w tym roku się dokonało. Przyjechałem i zobaczyłem jedną z lepszych edycji Konfrontacji. Zgoda, festiwal się zmienia, mozolnie wydobywa się z okowów offowej formuły festiwalowej każącej jednego dnia zmieścić jak najwięcej przedstawień, do wyboru do koloru, jak kiedyś na krakowskich Reminiscencjach, łodzkich Spotkaniach, poznańskiej Malcie. Organizatorzy wiedzą, że dziś już nikt tak festiwali nie programuje. Każdy dzień przeglądu to tylko jedno duże, dwa krósze przedstawienia obudowane mniejszymi zdarzeniami – wykładami, koncertami, filmami. Mniejszymi – co wcale nie znaczy, że nieważnymi. Mneijszymi bo kontekstowymi – dającymi prezentowanym spektaklom potrzebny oddech. Taki jest standard, taki jest europejski i krajowy trend. Cieszę się, że Konfrontacje idą w tę stronę. Że próbują godzić sprzeczne interesy publiczności lubelskiej i krajowej. Bo jedni widzowie chcą poznać to co w Polsce głośne (dlatego przyjechali do Lublina Brzyk, Kleczewska i Garbaczewski z nowymi premierami), drudzy chcą czegoś unikalnego, co byłoby wyróżnikiem tego festiwalu na tle innych polskich przeglądów. I tym czymś była właśnie tegoroczna wyprawa w otchłań rosyjskiego teatru, próba pokazania tego, jak Rosja widzi samą siebie, jak rosyjscy artyści odnajdują swoje miejsce miedzy tradycją i współczesnością. Jak Pankow dialoguje z Gogolem, Sznurow z Wysockim, Sukorow z Michałkowem, Malikow z Gorkim…

Cieszy mnie, że Gazeta w Lublinie poświęciła tyle miejsca teatrowi podczas festiwalu, że ukazało się tak dużo recenzji, informacji, relacji i zdjęć z przedstawień. Jako krytyk Przekroju i Dziennika mogę tylko pozazdrościć recenzentom z Lublina objętości tekstów, ich pozycji na czołowych stornach wydania. Brawo! Martwi mnie jednak tonacja, w jakiej poprowadzona została dyskusja po ostatniej edycji Konfornatacji, zapoczątkowana arytkułem Grzegorza Józefczuka. Nie zgadzam się z jego oceną festiwalu, dziwię się argumentom wykorzystywanym do ataku na festiwal i personalnie na jego dyrektora artystycznego. Podejrzewam, że przekroczone zostały pewne normy przyzwoitości i obiektywizmu. Z jednak drugiej strony nie podoba mi się też złość, jaką czuć w replice Janusza Opryńskiego, jego gniew spowodowany opiniami recenzenta. Ale tę reakcję mogę przynajmniej zrozumieć – Opryńskiego zaatakowano bezpardonowo, całą mocą rażenia Gazety Wyborczej i to po bardzo dobrej, powtarzam jeszcze raz edycji festiwalu. Mam pretensje do Opryńskiego o to, że trochę personalizuje ten spór, wyśmiewa umiejętności analityczne i pisarskie Józefczuka, bo wierzę, że artysci nie powinni tak rozmawiać z dziennikarzami. Doradzałbym spokojne tłumaczenie, jak dziecku, o co chodziło, albo zawsze zbawienny sarkazm i ironię. Rozumiem jednak, że Opryński walczy o swój dorobek i dobre imię, o przyszłość festiwalu (niechętny Konforntacjom urzednik zawsze może powołać się na „obiektywny” głos recenzneta wyrazony w tym artykule!). Nie rozumiem jednak o co chodzi Grzegorzowi Józefczukowi.

Co sprowokowalo go do takiego uderzenia? Skoro Opryński nie chciał mu nic wyjaśnić, spróbuję ja – z prostej, uczciwej solidatności zawodowej. Bo jak kolega-recenzent błądzi to trzeba mu pomóc.

Są festiwale – rzadkie bo rzadkie, ale są – jednorazowe eventy, o doskonałym, domkniętym w każdym punkcie programie, bez przypadkowych spektaklowych wrzutek. Festiwale, które mają widza olśnić, przygowździć rozmachem finansowym, wszechświatową klasą zaproszonych gości, tłumami widzów zabijających się w walce o wejściówki. I są takie, które lepiej oceniać w dłuższej perspektywie czasowej, bo kolejne edycje rozmawiają ze sobą, ich programy uzupełniają się kontyuuują dawne idee lub im zaprzeczają. To przeglądy pozytywistyczne z ducha, które mozolnie budują klimat wokół teatru, uczą lokalnych artystów nowych estetyk, otwierają oczy publiczności na nieznane zjawiska. Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że festiwalu z kategorii pierwszej nie da się w Lublinie zorganizować. Bo nie udźwignęłby go budżetowo nawet takie miasta jak Kraków czy Poznań, jedynie Wrocław z jego genialnym rozpasaniem teatralnym (3 wielkie festiwale w tym roku – Premio Europa, Teatr jest światem i Dialog) stać na podobną wizję. Biorąc to pod uwagę Konfrontacje powinny należeć do drugiej grupy festiwali. I tak się przecież, na Boga, dzieje!

Opryński nie zrobił żadnej rewolucji w tej edycji poza zatrudnieniem eksperta od rosyjskiego teatru. Nie jest dyktarorem. Od lat ciekawi go to, co się dzieje na wschodzie. Ma ideę, żeby to Lublin stał się miejscem rozmowy polskiego teatru z rosyjskim, litewskim, białoruskim i ukraińskim. Trudno o lepiej predystynowane do takiego dialogu miast. Kto to miałby zamiast Lublina robić (Bielsko-Biała? Szczecin? Opole?) a przecież takie wzajemne poznawanie się kultur jest potrzebne. Dlatego nie mogę zrozumieć, czemu Józefczuk w swoim emocjonalnym tekście zaprzecza sam sobie. Bo z jednej strony chwali Opryńskiego za pokazanie Lublinowi Litwinów Nekrosiusa, Tuminasa i Korsunovasa a z drugiej nie rozumie zwrotu programowego ku Rosji. Litwa to już teatralny tygrys bardzo w Polsce oblaskawiony, Rosja ciągle jeszcze ma dla nas wiele zagadek a w tamtym artystycznym kotle wrze jeszcze bardziej niż w polskim.

Wybór spektakli na festiwal jest zawsze wyborem subiektywnym. Coś co podoba się kuratorce tej edycji Angieszce Lubomirze Piotrowskiej i dyrektorowi artystycznemu Januszowi Opryńskiemu niekoniecznie musi podobać się mnie i Józefczukowi. Ale naszym obowiązkiem jako krytyków, jest zrozumienie dlaczego im się podoba, jaką funkcję dany spektakl pełni w ich koncepcji festiwalu. Nie można tego zamieniać na atak pod hasłem jest źle, bo ja bym ten festiwal zrobiłem inaczej, bo kiedyś było lepiej, bo sa ludzie w Lublinie, którzy mieliby lepsze pomysły. Może i są. Ale proszę pamiętać, że europejski światek teatralny to środowisko specyficzne. Zespoły i reżyserzy przyjmują zaproszenia na festiwale kierując się marką zapraszającego, biorą pod uwagę jego doświadczenie jako organizatora. Charyzmę i autorytet. Mówiąc brutalnie i wprost: zawsze chętniej przyjadą na festiwal robiony przez siwego, dlugowłosego i brodatego reżysera, niby ikony kombatanckich czasów alteratywy, ale ciągle jeszcze otwartego na inny teatr niż przystaną na blagalne skomlenia niewyraźnych cywili o spłoszonym wzroku jak ja czy Józefczuk. Odpowiadam tym samym na niedwuznaczną sugestię zawartą w artykule lubelskiego recenzenta. Przetargi na koncepcję artystyczną i kierownictwo Konfrontacji nie mają najmniejszego sensu. Bo może się zdarzyć, że wygra ktoś, kto obieca gruszki na wierzbie a jego realne możliwości realizacyjne skończą się na przegladzie najlepszych przedstawień Teatru Osterwy zderzonych z festiwalem premier warszawskiej Polonii Krystyny Jandy. Chcielibyście mieć taki festiwal w miejsce obecnych Konforntacji?

Zamiast utyskiwać, że nie ma młodej publiczności na Konfrontacjach, może Józefczuk powinien o nią walczyć. Zrobić rachunek sumienia nie w cudzej piersi a swojej. Odpowiedzieć sobie na pytanie a co ja robię, lokalny mocarz i autorytet teatralny, żeby młodzi widzowie garnęli się do Konfrontacji, czy walili tłumnie na spektakle Teatru Centralnego, bo osterwa tak czy siak sobie poradzi. Może to ja jestem winien, może popadłem w pierdołowaty styl pisania o sztuce, może już nie zaciekawiam czytelnika a mentorzę i narzekam na całego? Festiwalom trzeba pomagać a nie walczyć z nimi. Tyle nauczyłem się przez 20 lat swojego aktywnego uczestnictwa w życiu teatralnym. A krytyk pomaga festiwalowi wcale nie wtedy, gdy podpowiada mu koncepcję funkcjonowania i nie obalając dyrekcję i krzycząc na organizatorów, tylko myśląc nad materiałem, zestawem spektakli, który otrzymał do intelektualnego obrobienia, poddając nowe konteksty odczytań, ustawiając program przeglądu i poszczególne realizacje w porządku innych zdarzeń na polskiej mapie teatralnej. Słowem – krytyk nie jest od rewolucji pałacowych i donoszenia urzednikom, że w jego mniemaniu coś się dzieje złego, tylko od jeżdżenia po Polsce i oglądania. Owszem, ten postulat jest bardzo trudny do spełnienia dla tak zwanych krytyków stacjonarnych, przywiązanych do ejdnego miasta i jego teatrów, ale nikt nikogo w końcu nie zmusza ani do bycia krytykiem ani do izolacji. Jeśli chcesz być szanowany, jeśli chcesz, żeby cię słuchano to ogladaj jak najwięcej. Wsiadaj w samochód, albo w pociąg. Bo zostałeś wybrany do tego zawodu, albo sam go sobie wybrałeś, żeby opowiadac ludziom o tym, czego nie widzieli. Dawać im możliwość porównania między tym, co mają na miejscu a tym, co dzieje się gdzie indziej. Jak pisał Stempowski – krytyk jest tym, który wysłany przodem próbuje wino w przydrożnej gospodzie. Potem stara się opisać jego smak swoim towarzyszom podrózy, żeby sami zdecydowali, czy warto tu zostać na popas. Tymczasem Józefczuk uzurpuje sobie inne prawo – ja wiem lepiej! Jak zrobić festiwal, jakie spektakle zaprosić, co wokół nich zorganizować! Pewien argument podniesiony w replice Opryńskiego wydał mi się słuszny choć drastyczny: krytyk nie ma prawa chłostać festiwalu za prowincjonalizm jeśli sam nie jest bywalcem krajowych premier i przegladów, nie porównuje polskiego życia teatralnego z europejskim, nie trzyma ręki na pulsie. Status recenzenta piszącego tylko o premierach jednego teatru repertuarowego i paru offowych w Lublinie odbiera autorowi wszelką wiarygodność. Nie postawię Józefczukowi tak, jak Opryński zarzutu o zblatowanie z jednymi artystami a wrogość do innych bo po prostu nic nie wiem o lubleskich uwikłaniach. Ale zastanówcie się Państwo, jaką bronią dysponuje Józefczuk w starciu z innymi krytykami choćby z Sieradzkim, Derkaczew czy ze mną? Kto kogo przekona? Kto ma lepszy materiał porównawczy do badań? Mobilny recenzent ogląda około 250 spektakli rocznie. Ile Pan zobaczył w minionym sezonie? 30? O teatrze nie można tylko czytać, trzeba go dotknąć, powąchać, zobaczyć. I dopiero wtedy można mieć prawo i dowagę do potępiania w czambuł tego, co się dzieje w moim mieście.

Rzadko decyduję się na strofowanie kolegów po piórze, ale sytuacja stworzona przez artykuł Józefczuka zmusza mnie do działania. Bo Józefczuk wrzuca kamyczek do mojego ogródka. Utrwala niekorzystne zawodowe stereotypy wedle których my krytycy jesteśmy tylko popsujzabawami, wrednymi przeszkadzaczami i lansiarzami kolegów. Nie rozumiem jak ktoś po kilku dniach solidnego relacjonowania festiwalowych przedstawień, z których mogło wynikać, że oglądamy ważne i madre przedstawienia nagle pisze totalne oskarżenie Konforntacji o prowincjonalizm. Krytyka olśniło? Zobaczył we śnie prawdę? A może próbuje rozdawać karty w lokalnej walce o profity, stanowiska i wpływy. Straszne podejrzenie, ale muszę je powiedzieć głośno. Przypominam jeszcze raz – Panie Grzegorzu nie idźmy ta drogą. Krytycy naprawdę nie są od tego. Pomagajmy teatrowi w ich relacjach z panami od kultury, brońmy festiwali przed urzędnikami, ale nic nie rozgrywajmy, nie piszmy donosów, nie nawołujmy do radykalnych zmian. Bo pewnego pięknego dnia i Pan i ja obudzimy się bez pracy. Po prostu teatrów i festiwali w Poslce nie będzie.

Łukasz Drewniak

 

 

Odpowiedź Janusza Opryńskiego - Dyrektora Festiwalu na artykuł Grzegorza Józefczuka w Gazecie Wyborczej Lublin z dnia 5.10.2009.

Janusz Opryński
Dyrektor Festiwalu
„Konfrontacje Teatralne”
Lublin, 5 października 2009

DO
Redaktor Naczelna
Gazety Wyborczej
Małgorzata Bielecka – Hołda

Ze zdumieniem, przerażeniem, ze wściekłością przeczytałem tekst Grzegorza Józefczuka w poniedziałkowej „Gazecie” – „Powiało prowincją”. Otóż kolejny raz teksty, sądy tego krytyka rozmijają się z prawdą, są wyrazem jego bezczelnej niekompetencji. Jest tajemnicą poliszynela – jak świat kultury traktuje teksty tego krytyka, ale Pani gazeta oddaje całą pierwszą stronę na prywatną opinię tego redaktora. Otóż odpowiadam na każdy argument:

1.Druga edycja w 1997 roku zaprosiła 29 spektakli a nie 43, były to niewielkie zespoły, w większości offowe. Nasza tegoroczna edycja to spektakle trzygodzinne, wielkich zespołów. Z oczywistych powodów nie mogło ich być więcej.

2.„Jedynowładztwo Janusza Opryńskiego” – traktuję to jako atak personalny, gdyż po pierwsze tę edycję powierzyłem wybitnej znawczyni teatru rosyjskiego Agnieszce Lubomirze Piotrowskiej, a więc nie ja decydowałem o programie. Mogę się domyślać powodów osobistego ataku, gdyż nie kryję tego od lat, że chodzę po Lublinie i mówię że Grzegorz Józefczuk nie powinien pisać o teatrze, bo po pierwsze uprawia politykę kulturalną, po drugie łatwo nim manipulować, po trzecie zadaję pytanie na jakiej ostatnio premierze był w Polsce? na jakim ogólnopolskim festiwalu? Niemal wszystkie recenzje Grzegorza Józefczuka promują wysoko te zjawiska, które przepadają w Polsce, a o świecie zapomnijmy. Proszę spytać też lubelskich wybitnych plastyków co sądzą o pisaniu Grzegorza Józefczuka.

3.„Festiwal niczego nie generuje” Otóż festiwal od kilku edycji generuje premiery, poczynając od „Ślubu” Teatru W. Horzycy i Teatru Mladinsko, po spektakle Igora Gorzkowskiego, czy też ostatnie spektakle z edycji żydowskiej.

4.„Festiwal narzędziem konfliktowania środowiska” – to właśnie argument krytyka uprawiającego swoją politykę po licznych lubelskich knajpach. Nie jest tajemnicą, że festiwal wielokrotnie promuje wszystkie lubelskie teatry i dokłada pieniądze na ich produkcje.

5.„Rzecz o wodzie mineralnej” – rozumiem że inni dają wodę mineralną i nie tylko, znani są nasi krytycy teatralni którzy bankiety pokochali.

Zwracam się do Małgorzaty Hołdy – Pani Redaktor, co Pani na te argumenty o wodzie, na atak personalny na moją osobę. Szkoda, że Pani nie była na ani jednym spektaklu, wykładzie, filmie. Jestem pewny, że ważne obowiązki nie pozwoliły Pani być u nas, ale gdyby Pani była, mogłaby Pani poczuć atmosferę festiwalu, posłuchać ludzi. My zaprosiliśmy spektakle ważnych polskich i rosyjskich reżyserów: Mai Kleczewskiej. Remigiusza Brzyka, Krzysztofa Garbaczewskiego, Rusłana Malikowa, Wladmira Pankowa, Maraka Waila. Niebieskie Nosy to wybitni plastycy znani na całym świecie. Opatrzyliśmy to wykładem Profesora Cezarego Wodzińskiego, niezwykłymi filmami jak też koncertem Sznurowa – wybitnej postaci rosyjskiego rocka. Na spektaklu „Paktofonika” były tłumy młodzieży. Tylko na jednym spektaklu z Uzbekistanu były wolne miejsca, na innych były komplety. Przyjechali do nas krytycy: Łukasz Drewniak, Joanna Derkaczew, Piotr Gruszczyński, Agnieszka Koher-Hensel, Jan Bończa-Szabłowski.

Po festiwalu zebraliśmy mnóstwo gratulacji od ludzi z Polski za program i jego koncepcję. Szanowna Pani Redaktor, nie wprowadzajcie opinii naszego miasta w błąd, poprzez niekompetencje waszego redaktora. A na koniec mam apel do radnych i władz naszego miasta. Mam nadzieje i wierze w to, że wysłuchacie opinii innych ludzi, innych krytyków. A wtedy może okaże się że prowincja to nie my ale dziennikarz teatralny Grzegorz Józefczuk

Z poważaniem
Janusz Opryński

 

link do artykułu: http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,7109018,Na_Konfrontacjach_Teatralnych_wieje_prowincja.html


Konfrontacje Teatralne rozpoczęte

Największym widowiskiem pierwszego dnia Konfrontacji był spektakl "Orestea" Teatru Ilkhom z Taszkientu. Dziś zobaczymy cztery spektakle. Dwa rekomenduję "od ręki": Teatr Polski z Bydgoszczy pokaże rosyjską klasykę, "Płatonowa" Antoniego Czechowa. Reżyser Maja Kleczewska nadała sztuce rysy najzupełniej współczesne, bohaterów oglądamy w przestrzeni zabudowanej pralką, lodówką i komputerem, na którym w pierwszej scenie tytułowy bohater ze spuszczonymi spodniami ogląda kreskówki. Nowa rosyjska dramaturgię reprezentuje natomiast "Fryzjerka" Siergieja Miedwiediewa Teatru Praktika z Moskwy. Powstały w 2005 roku Teatr Praktika to jeden z prężniejszych ośrodków współczesnej sztuki dramaturgicznej w Rosji. Wyróżnia ich nowatorskie podejście to teatru, co najlepiej wyraża ich repertuar, w którym odnaleźć można wyłącznie dzieła współczesne. Teatr szuka bieżących tematów i świeżego języka u nowego pokolenia dramaturgów i reżyserów.

Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza Lublin, 1.10.2009.

 

"Obrońcy moralności" w akcji

W niedzielę wieczorem nieznani sprawcy zdewastowali komiks grupy Niebieskie Nosy wystawiony na placu Litewskim w ramach festiwalu Konfrontacje Teatralne. Plakaty, które miały symbolizować stosunki polsko-rosyjskie, zostały pocięte i pomazane sprayem. Ale to nie polityczne przyczyny kierowały wandalem, o czym dowiadujemy się z zostawionego na asfalcie napisu: "Panie prezydencie, czy gołe dupy w centrum miasta to dobry wizerunek? Moje dzieci na to muszą patrzeć". I pod nim podpis "Artyści Lublina".

(…)

- Jest mi przykro. Kiedy byłem na miejscu wystawy i oglądałem zniszczenia, ktoś zapytał, kto to zrobił. Wtedy jeden z przechodniów odpowiedział, że obrońcy moralności. Takich obrońców moralności się boimy - komentuje Janusz Opryński i dodaje: - Myślę, że w mieście, które aspiruje do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury musimy nauczyć się słuchania innych głosów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Gdybyśmy właśnie tak myśleli jak ten, kto zniszczył wystawę, musielibyśmy pojechać do Rzymu, by zniszczyć wszystkie dzieła Caravaggia, bo są przepełnione erotyką. Słyszałem głosy, że ta wystawa jest obrzydliwa, ale o dziełach Francisa Bacona też można powiedzieć, że są obrzydliwe, a nikt ich nie niszczy w muzeach.

(…)

- Nie sądzę, aby zniszczenie tej wystawy wyrażało wolę narodu, zrobił to ktoś ubogi umysłem. Bo jeżeli kogoś bulwersuje nagie ciało, to nie jest z nim dobrze i musi mieć pogardę przede wszystkim do siebie, bo sam składa się przecież z nagiego ciała - uważa artysta Jarosław Koziara.

(…)

Małgorzata Domagała, Gazeta Wyborcza Lublin, 28.09.2009.

 

Konfrontacje w duchu Fiodora Dostojewskiego

14. Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne jeszcze śmielej niż w zeszłym roku skręca na wschód. - To dobry kierunek uważa Janusz Opryński, dyrektor festiwalu - Wciąż postrzegamy obszar byłego ZSRR jako barbarię, gdzie żyją jacyś odmienni od nas ludzie. Tymczasem rosyjska kultura była niezwykle fascynująca dla takich postaci, jak Czesław Miłosz.

(…)

Pogram upłynie pod znakiem inspiracji światową literaturą rosyjską, głównie twórczością Fiodora Dostojewskiego. Przykładowo Teatr Maat Projekt zaprezentuje "Idiotę albo Trans (prezentacje) work in progress" - część projektu "Dostojewski", którym kieruje Janusz Opryński, a rosyjski Teatr Kameralny sztukę "Dostojewski - Chesterton: Paradoksy zbrodni albo samotny jeździec apokalipsy".

W tym roku formuła festiwalu jest poszerzona o muzykę. Będzie jej mnóstwo. Uzbekistańskiemu Teatrowi Ilkhom towarzyszy rock'n'rollowy chór. Spektakl "Gogol. Wieczory" moskiewskiego SounDrama Studio opiera się w znacznej mierze na mieszance etno i klasyki. Z kolei Teatr Piosenki z Wrocławia zapowiada "alkoholowo-anarchistyczny" wybór piosenek legendarnej grupy Leningrad (jej założyciel - Sergiej Sznurow zagra koncert z nowym projektem Rubl). Pojawi się nawet hip-hop, a to za sprawą warszawskiego Teatru Studio. "Jesteś Bogiem. Paktofonika - bohaterowie czasów transformacji" - to opowieść o słynnym zespole hiphopowym, której towarzyszy gorzka refleksja polityczna.

(…)

Sylwia Hejno, Kurier lubelski, 25 września 2009.


Konfrontacje Teatralne po rosyjsku

Dużo teatru wschodniego, szczególnie rosyjskiego, zapowiadają organizatorzy XIV Konfrontacji Teatralnych, które startują 30.09.
Międzynarodowy Festiwal "Konfrontacje Teatralne” zawsze był otwarty na Wschód. Gościł regularnie teatry z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Łotwy i Litwy, które występowały obok trup polskich i zachodnich.
(…) Janusz Opryński, dyrektor festiwalu, ułożył program tegorocznej edycji, we współpracy z Agnieszką Lubomirą Piotrowską – znawczynią teatru rosyjskiego, tłumaczką literatury rosyjskiej. Autorami plakatu są Rosjanie z Nowosybirska Wiaczesław Mizin i Aleksander Szaburow, tworzący grupę Niebieskie Nosy, która będzie miała w ramach Konfrontacji Teatralnych wystawę.
(…)
Z imprez towarzyszących ciekawie zapowiadają się także seanse filmowe w Nove Kino Apollo. Będzie można zobaczyć m.in. "Ładunek” Aleksieja Bałabanowa, "Rosyjską Arkę” Aleksandra Sokurowa i "Braci Karamazow” Petra Zelenki.

Jacek Szymczyk, Dziennik Wschodni, 16 września 2009

Co zobaczymy na Konfrontacjach Teatralnych

(…) Według programu rozpoczynającego się 30 września festiwalu, wszyscy zagraniczni goście Konfrontacji przyjadą ze wschodu. Będą to teatry: Praktika z Moskwy, Soundrama z Moskwy i Kameralny z Czelabińska, oraz Ilkom z Taszkientu i DAKH z Kijowa. Osobliwością muzyczną ma być Siergiej "Sznur" Sznurow, lider zespołu Leningrad z Sankt Petersburga, a plastyczną - wystawa i inne działania dwuosobowej grupy twórczej "Niebieskich Nosów" z Nowosybirska, która zasłynęła z tego, że stała się celem interwencji politycznej cenzury rosyjskiej, konfiskującej fotografie "NN" (sławna "Era miłosierdzia" z dwoma całującymi się policjantami). W tym roku Janusz Opryński, komisarz Konfrontacji, poprosił o pomoc w stworzeniu oferty programowej Agnieszkę Lubomirę Piotrowską, która wcześniej zajmowała się koordynacją festiwalu teatralnego w Olsztynie (ostatnio znanego jako festiwal "Demoludy"), znakomitą tłumaczkę na polski współczesnej dramaturgii rosyjskiej, przede wszystkim tych najbardziej znanych autorów - Iwana Wyrypajewa, Jewgienija Griszkowca i Władimira Sorokina.

Z grona rosyjskich gości festiwalu wspomnijmy teraz tylko o teatrze Praktika, założonym przed czterema laty przez Edwarda Bojakowa, obecnie jego dyrektora artystycznego, reżysera, także widowisk muzycznych, producenta filmowego, pedagoga, inicjatora nowych festiwali teatralnych w Moskwie. Praktika nie jest związana z żadną akademią teatralną (prowadzi własny warsztat), więc jest instytucją niezależną, adresującą swój repertuar do młodej publiczności, szukającą nowych form wyrazu artystycznego i eksperymentującą, ale zarazem dążącą do perfekcji warsztatowej. (…) Do Lublina teatr Praktika przywiezie spektakl "Fryzjerka" Siergieja Miedwiediewa w reżyserii Rusłana Malikowa. (…) Bohaterka "Fryzjerki", Irina, kobieta po trzydziestce (którą gra znana, bardzo wysoko notowana aktorka Inga Oboldina) i po przejściach nie traci optymizmu i wciąż szuka swojego księcia z bajki. Spektakl zrealizowano w zaskakującej konwencji scenograficznej, zbliżonej do "teatralnego" fantasy czy komiksu; większość przedmiotów to atrapy ze sklejki naśladujące wygląd swych "oryginałów". (…)

Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza Lublin, 10 września 2009

Wykonanie: Guerrilla